Moja walka z nerwicą lękową

Najgorsze w tej chorobie jest poczucie bycia niezrozumianą. Dopiero lektura statystyk pokazuje jaka jest prawda. Ponad połowa Polaków miewa lęki, co czwarty z nas doświadczy w życiu ataku paniki. To powszechny problem, o którym po prostu głośno się nie mówi. Ostatnio do nerwicy lękowej przyznał się sławny zawodnik MMA – Mamed Khalidov.

W moim przypadku zaczęło się od wieloletniego skumulowania negatywnych emocji, z którego na początku nie zdawałam  sobie sprawy. Trudne dzieciństwo, choroba psychiczna matki – to wszystko wywierało na mnie  wpływ przez długie lata.  Starałam się jednak nie poddawać. Ukończyłam studia, wyprowadziłam się do dużego miasta, znalazłam dobrą pracę i wspaniałego męża.

Niestety, sielanka nie mogła trwać zbyt długo. Konflikty domu rodzinnego wciąż pozostawały nierozwiązane. Matka wciąż nękała mnie telefonami. Wiedziała, że jestem osobą wrażliwą i za wszelką cenę próbowała to wykorzystać. Nieustannie próbowała zmusić mnie, abym wróciła do domu i zamieszkała razem z nią. Stosowała szantaż emocjonalny, podczas każdej rozmowy telefonicznej podkreślała, że jest bardzo ciężko chora, chociaż wiedziałam, że jest to nieprawda.

Nie wyobrażałam sobie, abym mogła porzucić męża oraz pracę i powrócić do małej miejscowości. Wiedziałam, że nie ma tam już dla mnie miejsca. Wychowywałam się jedynie z matką i jej siostrą, czyli moją ciotką. Ojciec porzucił nas, kiedy miałam trzy latka. Dzieciństwo pamiętam jako okres nieustannych awantur. Matka i ciotka nie znosiły się nawzajem i próbowały używać mnie w swojej walce jako oręża. Matka nigdy nie płaciła żadnych rachunków, a dom rodzinny zaczął z wolna przypominać rozpadającą się ruderę.

Kiedy wreszcie wyrwałam się z domu – matka całe swoje życie podporządkowała sprowadzeniu mnie z powrotem. Nie chodziła do pracy, utrzymywała się z renty. Czasem miałam nieodparte wrażenie, że robi to celowo. Jakby chciała powiedzieć otoczeniu: „patrzcie, jaka jestem nieszczęśliwa i biedna, Marysia musi mieszkać razem ze mną”.

Zachowanie matki kładło się głębokim cieniem na moich emocjach. Nie przyjechała na mój ślub, zupełnie jakby chciała go zbojkotować. Członkom mojej rodziny zakazała, by mówili komukolwiek że jestem mężatką, a zwłaszcza sąsiadom. Chodziło chyba o to, by wytworzyć w otoczeniu wrażenie, że nadal jestem zbuntowaną, nastoletnią Marysią, a nie trzydziestoośmioletnią zamężną nauczycielką, która ma prawo decydować o swoim własnym życiu.

Manipulacje mojej matki trwały całymi latami. W środku nocy budził mnie telefon, a moja rozhisteryzowana rodzicielka groziła mi, że coś sobie zrobi, jeśli natychmiast do niej nie wrócę. Nieustannie używała sformułowania, że „uciekłam z domu”. Wytwarzała we mnie poczucie zagrożenia i lęku o nią, gdyż każde dziecko podświadomie boi się o swoją matkę. Sugerowała, że jest chora na śmiertelną chorobę, a nawet, że ktoś nastaje na jej życie. W pewnym momencie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że może to być po prostu choroba psychiczna. To, co mówiła moja matka zwyczajnie nie trzymało się kupy. Twierdziła, że znała sławnych ludzi, których nie mogła nigdy poznać, ponieważ zmarli na wiele lat przed jej narodzinami. Uporczywie twierdziła, że ktoś próbuje włamać się do jej mieszkania. Miała obsesję na punkcie montowania nowych zamków i „czuwania” po nocach.

Negatywne emocje narastały we mnie przez bardzo długi czas, ale póki byłam z daleka od domu rodzinnego czułam się bezpieczna. Miałam uczucie, że te problemy są daleko ode mnie i że jestem w stanie kontrolować sytuację. Niebawem miało okazać się, że jestem w błędzie. Moja matka nie poddawała się, i zamierzała użyć jako swojego oręża całego otoczenia.

Kończył się właśnie rok szkolny, a ja siedziałam sama w klasie. Pożegnałam się już z uczniami, a na biurku leżały stosy kwiatów. Może zabrzmi to nieco pompatycznie, ale czułam się dumna, że jestem doceniana za swoją pracę. Byłam w dobrym nastroju, gdyż właśnie rozpoczynały się wakacje.

Wówczas zadzwonił telefon. Jakiś nieznany numer. Okazało się, że dzwoni jedna z sąsiadek. Moja matka poprzedniego dnia wieczorem wyszła z domu i rozdała sąsiadom mój numer telefonu. Prosiła ich o natychmiastową interwencję, mówiła, że jest pozbawiona środków do życia, nie ma co jeść ani pić. Zbulwersowana sąsiadka nieźle na mnie „naskoczyła”. Nie dała sobie nic wyjaśnić, mówiła, że powinnam natychmiast zająć się matką.  Była to pani, której nie znałam, ponieważ zamieszkali koło naszego domu zaledwie kilka lat temu. Tym łatwiej było mojej matce przedstawić tej kobiecie nieprawdziwy obraz sytuacji. Na przykład nie przyznała się do tego, że mieszka z siostrą, lecz mówiła o niej „ta pani”. Starała się w ten sposób stworzyć wrażenie, że mieszka zupełnie sama i to ja jestem jedyną osobą odpowiedzialną za jej los.

Później w krótkich odstępach czasu miałam jeszcze kilka takich telefonów od sąsiadów. Okazało się, że moja matka prosiła wszystkich, aby wywierali na mnie jak największą presję, twierdząc, że „uciekłam z domu”. O dziwo, okazało się, że ludzie to „kupili”.

Najgorsze jednak dopiero miało się wydarzyć. Zadzwoniła do mnie siostra mojej matki,  twierdząc, że proboszcz z naszej parafii pytał ją, czy to prawda, że zabieram swojej mamie rentę. Kiedy to usłyszałam, dosłownie pociemniało mi przed oczami. Zrozumiałam, że moja własna mama oskarżyła mnie o kradzież renty jedynie po to by uzyskać materialną pomoc od Caritasu. Najwyraźniej, jak się domyśliłam – musiała jakoś wyjaśnić „zupełny brak dochodów”, z którym zawsze tak bardzo się obnosiła. Zrobiła więc ze mnie nie tylko wyrodną córkę, ale i złodziejkę. Mogłam sobie tylko wyobrażać, jak ludzie plotkują na mój temat.

Podobne manipulacje miały miejsce już wcześniej. Moja matka namawiała niektóre osoby, na przykład lekarza rodzinnego, aby dzwonił do mnie i przekonywał mnie do powrotu i zajęcia się matką.

Byłabym w stanie to jednak zaakceptować. W końcu sama dobrze wiedziałam, jaka jest prawda. Znałam swoją wartość i nie musiałam przejmować się fałszywymi oskarżeniami. Piszę o tym abyście wiedzieli, że nie jestem osobą przewrażliwioną, lecz taką, która próbuje sama dbać o swoją higienę psychiczną.

Tak naprawdę wszystkie problemy były dopiero przede mną.

Dosłownie dwa tygodnie po sytuacji z telefonami od sąsiadów, zadzwoniła do mnie siostra mojej matki. Okazało się, że ma niebezpieczny nowotwór jamy ustnej. Ciotkę czekała skomplikowana operacja, a rokowania były bardzo niepewne. Byłam przerażona, ponieważ była to jedyna osoba, która zajmowała się moją matką, była na miejscu i jakoś „kontrolowała” sytuację, pomimo konfliktu o dom. Teraz spadła na mnie prawdziwa obawa, że ciotka umrze, i to ja – będę musiała zrezygnować ze swojego życia, wrócić do domu i zajmować się matką, która zachowywała się w taki a nie inny sposób.

Wtedy właśnie zdarzył się pierwszy atak paniki. Ćwiczyłam na siłowni, na jednej z maszyn. Nagle poczułam, że serce mocno mi łomocze. Szybko wstałam, przeszłam się kilka kroków lecz uczucie niepokoju nie ustępowało. Dzieje się ze mną coś niedobrego – pomyślałam. Jakby na potwierdzenie tych słów nogi zrobiły mi się miękkie jak z waty. W przedramionach poczułam dziwne drętwienie. Zakręciło mi się w głowie.

Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem daleko od domu, wśród obcych ludzi. Czy jeśli nagle upadnę, zemdleję, będą potrafili w ogóle udzielić mi pomocy? Nagle dopadła mnie straszna myśl, że właśnie teraz mogę umrzeć, że teraz może skończyć się moje życie. Przecież wiele jest takich przypadków. Ktoś nagle zasłabnie, reanimują go, ale bezskutecznie. Panika zaczęła ogarniać całe moje ciało.

Nagle uświadomiłam sobie, że do domu jest daleko (w rzeczywistości jedynie pięć minut drogi piechotą), a  przynajmniej ja miałam takie uczycie. Bałam się, czy w ogóle jestem w stanie wrócić do swojego mieszkania. Ledwo trzymając się na nogach szybko poszłam do szatni. Powiedziałam napotkanej dziewczynie, że „robi mi się słabo”, ta jednak zbagatelizowała sprawę. To jeszcze bardziej umocniło we mnie poczucie zagrożenia, utwierdziło mnie w przekonaniu, że jeśli zemdleję minie wiele czasu, zanim ktokolwiek mi pomoże.

Do domu postanowiłam iść piechotą. Opanowało mnie przeświadczenie, że jeśli usiądę, lub zatrzymam się, moje serce może przestać bić. Dłonie miałam całe mokre od potu. Ostatkiem sił wybrałam numer telefonu do swojego męża. Całe szczęście odebrał. Musiałam nieźle go nastraszyć, bo kazał mi iść tam gdzie są ludzie, bym w razie czego mogła uzyskać pomoc. Ja jednak nie wierzyłam już w ludzi. Instynktownie starałam się dotrzeć jak najszybciej do miejsca, które dawało mi największe poczucie bezpieczeństwa – do domu.

Rozmawiałam z mężem przez całą drogę. To podtrzymywało mnie na duchu. Kiedy dotarłam do domu, dolegliwości zaczęły powoli ustępować. Wówczas nie miałam żadnego pojęcia o nerwicy lękowej. Nie znałam jej objawów i nie miałam pojęcia jak radzić sobie z lękiem. Byłam przekonana, że po prostu źle się poczułam i pocieszałam się, że to pojedynczy przypadek.

Nie miałam nawet bladego pojęcia o tym, co dopiero mnie czeka. Ale o moich kolejnych przeżyciach opowiem w następnym artykule.

Marysia

Prawa autorskie

Wszelkie materiały (w szczególności: artykuły, opowiadania, eseje, wywiady, zdjęcia) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione.

3 Komentarze

  1. Tak, można z tego wyjść. Z resztą zobaczymy co napisze dalej Autorka. Niestety bardzo często potrzebna jest pomoc specjalisty – lekarza psychiatry. Trzeba brać leki i chodzić na terapię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.